FACEBOOK

Photobucket

INSTAGRAM

Photobucket

Jak boli poród? Moja historia


O tyle o ile bardzo intrygowało mnie jak bardzo bolesnym przeżyciem jest wydanie na świat malutkiej istotki, o tyle w ogóle się tego nie bałam. A nawet nie wiecie jak bardzo bałam się opieki nad dzieckiem, takiej zwykłej codziennej pielęgnacji. Trudno było mi sobie wyobrazić jak będę w stanie stabilnie trzymać ponad trzykilogramową istotkę, nie zrobić krzywdy przy kąpaniu czy noszeniu. Przerażało mnie nocne wstawanie i karmienie, byłam przekonana, że właśnie to mnie najbardziej wykończy, a do tego pewnie nie będzie mowy o dobrej laktacji, przecież tyle kobiet ma dzisiaj z tym problemy. A jeśli uda mi się karmić, to pewnie wykończy mnie wstawanie w nocy każde karmienie. A do tego myślałam, że moja ostatnia przespana noc to będzie ta przed porodem.

Ale tak się nie stało :). Dzisiaj Leon już może mówić o sobie jako pełnoprawnym niemowlęciu, a ja uwielbiam go nosić (on jeszcze bardziej), tańczyć z nim, bujać, każda kąpiel jest dla nas zabawą, a w ciągu nocy na karmienie wstaję maksymalnie trzy razy. Jeśli chodzi o mleko, to mogłabym wykarmić co najmniej dwóch takich jak Leon. Na siedząco w ciągu dnia jeszcze nie zasypiam - gorzej jest mi przebudzić się w nocy.
Niestety - nie we wszystkim było nam tak różowo. Jak już napisałam, jakoś niespecjalnie przejmowałam się porodem. Wychodziłam z założenia, że jest to do przeżycia, w końcu prawie każda kobieta przez niego przechodzi. Słowo "przeżycie" w moim przypadku wypada dość groteskowo, bo gdybym rodziła ze sto lat temu, teraz bym nie pisała tego posta. Poród miałam chyba najgorszy i najdłuższy jaki mogłam sobie wymarzyć - dosłownie nic nie poszło zgodnie z planem. Najdłuższy, bo pierwsze skurcze zaczęłam czuć w nocy 14 listopada, było ich dwa i byłam zbyt nieprzytomna aby się nimi przejąć. A od szóstej rano zaczęło się dziać nieco więcej, kolejne etapy wyglądały dosyć podręcznikowo: najpierw plamienie, słabe skurcze, potem czop, więc jak pewnie się domyślacie - jadę na izbę! Przywitana z uśmiechem (a bo to już był jakiś piąty mój raz w ciąży, a drugi w tym tygodniu) zostałam podłączona do ktg.
- widzę u Pani skurcze! Zapowiada się na to, że będziemy dzisiaj rodzić - tak powiedziała położna. I faktycznie zaczęłam czuć skurcze co jakieś 20 minut. Nie były one zbyt bolesne, chociaż zaczęłam już się krzywić. Byłam niesamowicie podekscytowana, że to już nadszedł ten czas, ale lekarz trochę ostudził sytuację
- ma Pani rozwarcie na 1 cm. To jeszcze nie na poród. Nie mamy miejsc na patologii, ale ja Pani krwawiącej tak nie zostawię, odeślemy Panią do innego szpitala ale zobaczymy co powie lekarz prowadzący - faktycznie, od dobrego tygodnia chodziłam z jednocentymetrowym rozwarciem a miałam dużą nadzieję, że coś ruszy w tym kierunku do tego momentu. A że miałam farta i trafiłam na dyżur mojego lekarza prowadzącego, czekałam aż się zjawi i zdecyduje co ze mną zrobić i czy jednak znajdzie się jedno wolne łóżko na patologii.
- Pani ma skurcze przepowiadające. To jeszcze nie na poród. Kwestia dwóch, trzech dni aż Pani urodzi. Jutro ktg i zobaczymy co wyjdzie.
A więc wróciłam do domu. Ale skurcze przez cały dzień nie ustawały. Były strasznie nieregularne i stopniowo ich nasilenie i ból wzrastał. Cały czas pojawiało się z 3/4 regularnie co 30, 15, 20 i 10 minut a następne ich częstotliwość znów się zmieniała. Czekałam więc aż będzie ich chociaż z 5/6 co 10 minut żeby znów pojechać do szpitala. Dopiero o 22 stały się na tyle regularne i częste aby jechać znowu na izbę. Stamtąd już pojechałam na porodowy - rozwarcie zwiększyło się do dwóch. Ale do jakiejś trzeciej w nocy tak pozostało mimo bolesnych, coraz częstszych i silniejszych skurczy. Cała akcja się rozkręciła po czopkach, oksytocynie i czymś jeszcze - ale nawet nie pamiętam. Wszystko się skończyło równo o godzinie 10:00. Na jakieś kilka godzin przed narodzinami totalnie opadłam z sił, środki znieczulające totalnie mnie otumaniły, przez co miałam urwany film od jakiejś 3 w nocy. Jedyne co pamiętam, to rekordowo krótka druga faza porodu, która trwała zaledwie 15 minut! I małego Leonka, którego przytuliłam tylko przez chwilę. Niestety nasze kangurowanie zostało przerwane przez mój krwotok, profesjonalniej zwany atonią. Potem zobaczyliśmy się dopiero jakoś o 17, gdy mnie pozszywali, przetoczyli krew, nakarmili i gdy udało mi się przespać jakieś dwie godziny po tej dwudniowej masakrze. Rozpłakałam się, oj jak ja mocno płakałam, gdy dostałam w końcu w swoje ręce moją 53-centymetrową kruszyneczkę. Nie wiedziałam jak go trzymać, tułać, bałam się wziąć na ręce. Leżeliśmy tak więc wtuleni przez całe dwa dni, a ja ani na moment nie umieściłam mojej dzidzi w "wanience" dla noworodków.
No i sama nie wiem, dlaczego tak to się wszystko zakończyło. Od szóstego miesiąca ciąży miałam regularne pobyty w szpitalu, izbę przyjęć odwiedzałam częściej niż swoją rodzinę. Nie wiem, dlaczego ten poród tak mi dał w kość. I dlaczego zgodziłam się na to, aby go całego przeleżeć. Tak, cały poród leżałam nieruchomo pod ktg. Nie wiem też, dlaczego to wszystko zakończyło się takim dramatem - błąd lekarski czy może konieczność? Może nie dałabym rady po tylu godzinach przez dwie godziny przechodzić przez fazę parcia? (To znaczy na pewno, miałam ochotę umrzeć przy drugim skurczu partym).
Ale jestem mile zaskoczona standardami szpitalnymi. Nic prócz własnych ubrań i kosmetyków nie musiałam brać. Pieluchy, podkłady, ubranka dla dziecka - to wszystko miałam do oporu w szafkach, a salę miałam dwuosobową.
A więc zadajmy sobie na koniec pytanie - jak boli poród?
Tak, że gdy widzisz jak zaraz przetną prawie najbardziej wrażliwy fragment ciała (a ja myślałam, że masaż krocza mnie przed tym uchroni) i gdy widzisz jak te nożyce przechodzą przez skórę - nie czujesz tego bólu. Czujesz tylko ból skurczu.

Ale i tak chcę mieć więcej dzieci :).

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Jak mieć świeże warzywa zawsze pod ręką? (Nie potrzebujesz do tego ogrodu!)

5 powodów, dla których wybieram poród w prywatnej klinice

To będzie wybór na całe życie